Wiatr zmian w prawie OZE – co realnie oznacza nowelizacja 2023?
Z początkiem 2023 roku w sektorze odnawialnych źródeł energii zawiało świeżym powietrzem reform. Po latach marazmu administracyjnego wreszcie pojawiły się konkretne ułatwienia – choć, jak to w Polsce bywa, z pewnymi ale. Najważniejsza zmiana? Zniesienie obowiązku uzyskania decyzji środowiskowej dla instalacji do 1 MW. Brzmi dobrze, prawda? Niestety, jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach.
Poznański deweloper fotowoltaiki opowiadał mi ostatnio, jak urzędnicy w jego gminie nadal żądają raportów oddziaływania na środowisko, choć formalnie nie muszą. To jak gra w kotka i myszkę – pokazujemy im nowe przepisy, oni kiważą głowami i mówią, że 'tak, ale…’ – opowiadał z wyraźną frustracją. To właśnie obrazuje polską rzeczywistość – nawet najlepsze ustawy rozbijają się o mur urzędniczej rutyny.
Gdzie tkwią prawdziwe problemy?
Mówiąc o energetyce wiatrowej, sytuacja wygląda jak rollercoaster. Z jednej strony luzowanie zasady 10H (teraz minimalna odległość to 500 m), z drugiej – gminy masowo uchwalają lokalne zakazy. W efekcie wiatraki nadal stoją w miejscu. Przykład? W województwie pomorskim aż 14 gmin w ciągu ostatnich 3 miesięcy przyjęło uchwały skutecznie blokujące nowe inwestycje.
Fotowoltaika radzi sobie lepiej – tu widać realne przyspieszenie. Dla mikroinstalacji do 50 kW procedura przypomina teraz zakupy online: wypełniasz formularz, załączasz projekt i… właściwie tyle. Ostatnia instalacja u klienta zajęła nam 3 dni od podpisania umowy do montażu – chwali się instalator z podkarpacia. Ale uwaga – to działa głównie dla przydomowych instalacji.
Jak nie wpaść w pułapki nowych przepisów?
Kilka praktycznych rad od praktyków:
1. Zawsze sprawdzaj lokalne plany zagospodarowania – krajowe prawo to nie wszystko
2. W przypadku większych inwestycji zatrudnij doradcę, który na bieżąco śledzi zmiany
3. Przy instalacjach do 50 kW możesz działać szybko, ale i tak zadbaj o porządny projekt
4. Rozważ hybrydy – połączenie PV z małą wiatrownią może dać lepszą stabilność
Prawda jest taka, że choć zmiany idą w dobrym kierunku, to nasze prawo wciąż przypomina dziurawy parasol – teoretycznie chroni, ale w praktyce i tak przemokniesz. Największym problemem pozostaje kwestia przyłączeń do sieci – tu postęp jest żółwim tempem. Jak mówi jeden z dystrybutorów energii: Mamy 2023 rok, a warunki przyłączeniowe przypominają te z lat 90.
Warto jednak wykorzystać obecne okno możliwości, bo w polityce energetycznej pewne jest tylko to, że jutro znów coś się zmieni. A może tym razem uda się zrobić krok do przodu bez dwóch kroków w tył? Oby.
